21
Śr, Paź

21/01/45: Tak upadała niemiecka Osterode in Ostpreussen

Historia
Typography

Styczeń 1945 roku. Rozpoczyna się ostatni akt II wojny światowej, potęga Trzeciej Rzeszy chyli się ku upadkowi. Przez niemieckie Prusy Wschodnie przetacza się sowiecka nawałnica, zostawiając za sobą śmierć, pożogę i gruzy. W dziewiątym dniu inwazji, Armia Czerwona dociera nad skute lodem Jezioro Drwęckie, kończąc brutalnie sześciowiekową historię położonego nad nim niemieckiego miasta, Perły Oberlandu. 

1. CISZA PRZED BURZĄ

II wojna światowa aż do samego końca omijała Prusy Wschodnie. Sielskie życie pośród mazurskich lasów i jezior mąciły co prawda kolejne nekrologi poległych żołnierzy oraz coraz bardziej niepokojące wieści z frontów, jednak tutejsza ludność nie doświadczyła na własnej skórze okrucieństw wojny.

- Jedynymi oznakami walk, jakie docierały wtedy do nas, były transporty jeńców i rannych żołnierzy Wehrmahtu, zatrzymujące się na ostródzkim dworcu - wspominał w "Rozmaitościach Ostródzkich" profesor Armin Mruck, który obserwował upadek niemieckiej Osterode. - Poza tym, wszystko zdawało się funkcjonować normalnie. Kursowały pociągi, nie brakowało żywności, otwarte było kino i teatr (...) Swoją działalność kontynuowało Hitlerjugend. Tylko listonosz zyskał na znaczeniu i statusie. Z biegiem czasu stawało się jasne, że wojna nie skończy się tak szybko, jak wszyscy oczekiwaliśmy. Młodych mężczyzn wcielano do Wehrmahtu, wysyłano na odległe fronty, a ich rodziny odcinano od wszelkiej informacji. Wiele z listów wysłanych na front wracało do nadawcy z krótką adnotacją: „Adresat poległ w walce za Führera, Naród i Ojczyznę”. Gazeta Osteroder Zeitung drukowała coraz więcej nekrologów.

Kiedy pod koniec lata 1944 roku Armia Czerwona dotarła do granic Prus Wschodnich, ich mieszkańcy, karmieni nazistowską propagandą rychłego sukcesu i pokładający wiarę w geniusz dowódczy Hitlera, nie zdawali sobie sprawy ze swojego fatalnego położenia. Tym bardziej, że wojna toczyła się jeszcze z dala od nich. - W piątym roku wojny miasto pozostawało oazą spokoju - pisze prof. Mruck. - Żadnych nalotów, ani ostrzału, doskwierały nam jedynie braki w żywności. Nieopodal Wieży Bismarcka zaczęto organizować potańcówki. Jak na Titanicu, orkiestra grała do końca.

Gauleiter Prus Wschodnich Erich Koch konsekwentnie zapewniał Hitlera, że będzie bronił do końca każdego skrawka niemieckiej ziemi. Mimo, że już we wrześniu 1944 roku opracowywane były plany ewakuacji ludności, Koch całkowicie je lekceważył, sądząc że obroni rządzoną przez siebie prowincję. Wezwania do masowej ewakuacji były karane jako przejaw defetyzmu. Niemcy rozpoczęli mobilizację oddziałów Volkssturmu, czyli pospolitego ruszenia, powołanego w celu "prowadzenia nieubłaganej walki wszędzie tam, gdzie wróg zechce stanąć na niemieckiej ziemi".

Sowieci po raz pierwszy przekroczyli granice Prus w październiku 1944 roku. Ich atak na wschodnie rejony prowincji został jednak odparty, a przez kolejne trzy miesiące natarcie powstrzymywały niekorzystne warunki atmosferyczne i konieczność przegrupowania radzieckich oddziałów. Wśród mieszkańców Prus Wschodnich narastała atmosfera zagrożenia, zwłaszcza po nagłośnieniu przez goebelsowską propagandę mordu dokonanego na mieszkańcach przyfrontowej wsi Nemmersdorf. Mnożyły się  opowieści o kolejnych gwałtach i innych barbarzyńskich czynach Armii Czerwonej.

Chwilowe zatrzymanie sowieckiej ofensywy uspokoiło nieco paniczne nastroje. Starsi mieszkańcy Ostródy, pamiętający jeszcze czasy I wojny światowej i Rosjan zbliżających się do miasta przed bitwą pod Tannenbergiem, łudzili się jeszcze wiarą w genialnego dowódcę, który jak przed trzydziestoma laty Paul von Hindenburg, zjawi się w Prusach i odwróci losy wojny. Przewidywano, że główne uderzenie Armii Czerwonej skoncentruje się na wschodzie, w silnie bronionym rejonie Wielkich Jezior Mazurskich i Królewca. Niemieccy dowódcy spodziewali się początku ofensywy w lutym 1945 roku, jednak sowieci mieli inny plan...

2. OPERACJA WSCHODNIOPRUSKA

Atak Armii Czerwonej na Prusy Wschodnie rozpoczął się 13 stycznia 1945 roku. Radzieckie plany zakładały jednoczesne uderzenie na dwóch frontach: siłami 3 Frontu Białoruskiego, ze wschodu na zachód, na kierunku Gąbin – Wystruć – Królewiec oraz równolegle siłami 2 Frontu Białoruskiego, z południowego wschodu na północ, od okolic Różana w kierunku Mławy, Olsztyna, Malborka i Elbląga. Armie 2 Frontu Białoruskiego miały szybko wedrzeć się na terytorium Prus, a następnie odciąć, okrążyć i w efekcie rozbić niemiecką Grupę Armii "Środek".

Wojska 2 Frontu zaatakowały na południowym-wschodzie, na terenie okupowanej Polski, dzień po rozpoczęciu operacji 3 Frontu Białoruskiego. Od 14 do 16 stycznia Armia Czerwona posuwała się powoli, napotykając na silny opór Niemców, jednak po wprowadzeniu do walki lotnictwa i wojsk pancernych, a szczególnie 5. Armii Pancernej Gwardii, ofensywa marszałka Rokossowskiego gwałtownie przyspieszyła. Wieczorem 18 stycznia, wojska radzieckie kontrolowały już Ostrołękę, Przasnysz i Mławę, co umożliwiło im podejście od południa do przedwojennej granicy Prus Wschodnich. Wyłom w niemieckich pozycjach obronnych był wtedy już szeroki na 110 i głęboki na 60 kilometrów.

Po przełamaniu frontu na południu Prus, dowództwo Armii Czerwonej skorygowało plan inwazji. Główne siły miały zostać skierowane na Ostródę i Elbląg, tak aby jak najszybciej dotrzeć do Zalewu Wiślanego i odciąć drogę odwrotu niemieckiej 4 Armii, stacjonującej w rejonie Wielkich Jezior Mazurskich.

3. MIESZKAŃCY OPUSZCZAJĄ OSTRÓDĘ

Piątek, 19 stycznia 1945 roku, był ostatnim dniem nauki w ostródzkim Gimnazjum Cesarza Wilhelma. Oczywiście tylko oficjalnie, bo już od początku tygodnia szkoła coraz bardziej pustoszała, a większość uczniów i ich rodzin albo uciekło z miasta, albo właśnie sposobiło się do wyjazdu. Rankiem, dyrektor Hermann Maraun przekazał urzędowi landrata trzy pakiety najważniejszych dokumentów gimnazjum i po raz ostatni spotkał się ze swoimi nauczycielami. Wieczorem gauleiter Erich Koch wydał wreszcie polecenie ewakuacji, po którym ostatni wierzący w cudowne odparcie sowietów, rzucili się do panicznej ucieczki.

W sobotę, 20 stycznia, Armia Czerwona zajęła Nidzicę. Upadek Ostródy był już tylko kwestią godzin, tym bardziej, że na drodze wojsk radzieckich nie znajdowały się żadne poważniejsze siły niemieckie. Południa Prus broniła zbieranina "żołnierzy z łapanki", wcielanych pospiesznie w szeregi Volkssturmu, m.in. ostródzka grupa bojowa, rozlokowana pomiędzy Wądzynem i Gardynami w dzisiejszej gminie Dąbrówno. Podobnie jak inne, podobne oddziały, została ona starta w pył przez sowieckie czołgi.

Zanim Armia Czerwona dotarła do Ostródy, większość mieszkańców uciekła w kierunku niemieckich portów nad Bałtykiem, by stamtąd przedostać się na zachód. Spośród prawie 18 tysięcy przedwojennych ostródzian, w chwili przybycia Rosjan w mieście pozostało około 2 tysięcy kobiet, dzieci i starców.

Tak swoją ucieczkę z Ostródy wspomina w książce "Ostródzianie o swoim mieście" Elżbieta Ciunelis (z domu Kratz), która mieszkała w domu przy Jackobstrasse, czyli dzisiejszej ulicy Jaracza: 20 stycznia przed południem szedł wartownik i krzyczał: "Macie pół godziny do odjazdu pociągu". Większość mieszkańców ulicy zabrała wcześniej przygotowane toboły ze skromnym dobytkiem i opuściła domy i mieszkania. Był to ostatni transport kolejowy, który wyjechał z miasta przed wejściem Rosjan. Ojciec twierdził, że mając własny transport, zawsze zdążymy uciec. Nie zdawał sobie sprawy, z jaką prędkością, nie napotykając żadnego oporu, poruszają się Rosjanie.

Rodzina pani Elżbiety podjęła decyzję o ucieczce dopiero 21 stycznia, w momencie kiedy Armia Czerwona dotarła już do Ostródy. Kratzowie uciekali konnym wozem przez zamarznięte jezioro Drwęckie do Piławek, gdzie wyjechali na drogę do Elbląga. - To, co zobaczyliśmy, można było nazwać prawdziwą gehenną - wspomina pani Elżbieta. - Drogą jechały jeden za drugim wozy konne, obok niej, w głębokim śniegu, szli przemarznięci piesi. Obok w przydrożnym rowie leżały strzaskane koła, złamane dyszle i inne części rozbitych pojazdów - na oblodzonej drodze nienawykłe do jazdy zimą konie potykały się i płoszyły, dochodziło do zderzeń, w których wozy o słabszej konstrukcji rozpadały się. W Miłomłynie zatrzymaliśmy się na krótki postój. Zgromadzeni na placu zastraszeni ludzie opowiadali o gwałtach popełnianych przez Rosjan na ludności cywilnej.

4. WKROCZENIE ARMII CZERWONEJ

Szturm na Ostródę rozpoczął się 21 stycznia rano. Po ostrzale artyleryjskim, do miasta skierowano 30 żołnierzy i 3 czołgi zwiadu pod dowództwem lejtnanta Iwana Piotrowicza Szczabelskiego. Szczególnie zacięty bój trwał na przemieściach, bronionych przez kompanię Volssturmu pod dowództwem kapitna Schmelinga.

- Kompanię pod dowództwem kpt. Schmelinga utworzono 20 stycznia 1945 roku i rzucono ją przeciwko wrogowi, który stał już pod Ostródą - wspomina Bruno Kowalzick, instruktor piechoty w Czerwonych Koszarach, prawdopodobnie ostatni niemiecki żołnierz, który opuścił miasto. - Środkową część linii obronnej wraz z Kajkowem miałem bronić ja i otrzymałem od 50 do 60 żołnierzy, bez podoficerów. Mieliśmy zając pozycję na zboczu na lewo od Kajkowa i tam oczekiwać Rosjan. Jako broń mieliśmy do dyspozycji tylko zwykłe karabiny, a z kierownictwa powiatu dostaliśmy kilka pancerfaustów. Nie otrzymaliśmy żadnego zaopatrzenia i byliśmy zdani tylko na siebie. Jednak ciężarówką przywieziono z mleczarni cały ładunek okrągłych serów, które z powodu mrozu były twarde jak kamień. Nie miały one służyć jako prowiant, lecz do utworzenia zapory przeciwczołgowej i później rzeczywiście taką rolę spełniły, gdy pierwsze sowieckie czołgi wtoczyły się do wioski.

Kowalzick wspomina, że oddział broniący Ostródy utworzył w Kajkowie barykadę, którą zablokował dojazd do miasta. Chcąc ominąć zaporę, pierwsze czołgi wjechały w ślepą uliczkę, gdzie zostały ostrzelane z panzerfaustów i zniszczone. Po odparciu pierwszego ataku, Niemcy zauważyli, że drogą z Olsztynka jechały w kierunku Ostródy kolumny ciężarówek z radziecką piechotą i dlatego zarządzono opuszczenie dotychczas zajmowanych pozycji. W trakcie odwrotu przez szturmowane miasto, oddział Kowazicka natknął się jeszcze na sowiecki czołg przed bramą Białych Koszar, jednak nie zdołał go zniszczyć.


W 25 rocznicę zdobycia Ostródy, w liście do redakcji "Głosu Olsztyńskiego", wspomnienia Bruno Kowalzicka potwierdził lejtnant Iwan Szczabelski, którego oddział jako pierwszy zaatakował miasto. Z relacji Szczabelskiego dowiadujemy się, że rzeczywiście szczególnie zacięty bój trwał na przedpolach miasta, gdzie wróg zniszczył 2 sowieckie czołgi. Trzeci czołg wraz z grupą żołnierzy wdarł się do miasta, gdzie prawie przez cały dzień likwidowano kolejne punkty oporu nieprzyjaciela. Wieczorem i ten czołg został podpalony na rynku Starego Miasta. Z 30 szturmujących Ostródę żołnierzy oddziału Szczabelskiego aż 28 poległo w walce, jednak w nocy z 21 na 22 stycznia 1945 roku, miasto zostało ostatecznie zdobyte. Lejtnant Iwan Piotrowicz Szczabelski został za to odznaczony orderem Bohatera Związku Radzieckiego.

Relacje o zaciekłych walkach na przedmieściach Ostródy znajdujemy również we wspomnieniach żony kowala Kurzhalsa z Domkowa, która uciekając przed Armią Czerwoną, dotarła 21 stycznia 1945 roku do Kajkowa. - Gdy zrobiło się jasno (22 stycznia rano - dop. AG), wspinaliśmy się przez stosy trupów - pisze w liście z 1947 roku. - Najgorzej było przy Kaiserstrasse (dzisiejsza ul. Czarnieckiego), która była nimi przepełniona. Z lewej i prawej strony ulicy domy były spalone. To było straszne! Mój mąż musiał grzebać poległych Rosjan.

5. ZBRODNIA W ZAWADACH MAŁYCH

Chwilę przed atakiem Armii Czerwonej, rankiem 21 stycznia 1945 roku, z Ostródy wyruszyła ponad 120-osobowa grupa polskich i rosyjskich więźniów z ewakuowanego obozu koncentracyjnego w Działdowie. Pędzona przez SS-manów i żandarmów kolumna miała już za sobą pięć dni marszu przez Olsztynek i Grunwald. Tego dnia, po kilku godzinach marszu w trzaskającym mrozie, konwój zatrzymał się w Starych Jabłonkach. Więźniów zagoniono do stodół i zapowiedziano, że wkrótce wyruszą do Olsztyna.

Około drugiej w nocy z 21 na 22 stycznia, Niemcy zaczęli wywoływać po dwudziestu więźniów. Każdą grupę prowadzono do nieodległego lasu pod Zawadami Małymi i tam rozstrzeliwano. Na liście zamordowanych znajduje się 67 nazwisk, 50 pozostałych nie udało się zidentyfikować. Wiadomo, że wśród niezidentyfikowanych ofiar maskary, oprócz Polaków, była również grupa obywatelek i obywateli ZSRR.

Z masakry ocalało kilku więźniów, m.in. Józef Romanowski i Tadeusz Zabrzeski, którzy zeznawali przed Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich. Józef Romanowski przeżył, bo słysząc strzały, zakopał się w składowanym w stodole sianie. Podobnie zrobiło jeszcze dwóch mężczyzn, ale jeden z nich wyszedł z ukrycia zbyt wcześnie i został schwytany przez Niemców.

Tadeusza Zabrzeskiego od śmierci dzieliły dosłownie sekundy. - Wpędzono nas na leśny dukt i po przejściu około 50 metrów nakazano nam wszystkim położyć się na śniegu, ale twarzą do ziemi - zeznawał przed Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Olsztynie. - Tak leżąc widziałem, że tuż przy drodze stoją ludzie ubrani w cywilne ubrania, którzy kopią duży dół. Ja w czasie, gdy dochodziliśmy do lasu, rozsupłałem założony mi drut, który krępował moje ręce. Wtedy, gdy kazano nam się położyć, to ja jedną rękę trzymałem do tyłu, a jedną miałem pod brzuchem. Tak szykowałem się do ucieczki. Jednak dookoła nas stali z bronią gotową do strzału gestapowcy. Jeden z nich podszedł do pierwszej dwójki, w której był Łoś i Kosmulski. Gestapowiec ten przystawił lufę automatu do głowy. Wtedy, gdy był on już przy piątej dwójce, poderwałem się z ziemi i gwałtownie skoczyłem w las. Niemcy zaczęli strzelać salwami w moim kierunku i rozpoczęła się pogoń. Po pewnym czasie wybiegłem na otwarte pole, gdy byłem już w odległości 150-200 metrów od lasu, to jeden z oddawanych przez gestapowców strzałów trafił mnie w rękę i rozszarpał mi kciuk. Dostałem także drobny postrzał w nogę prawą, ale w okolicy uda, dlatego mogłem nadal uciekać. Tak po dwóch nocach tułaczki dotarłem do Olsztyna, który był już wolny.

Obecnie w miejscu masakry znajduje się cmentarz pomordowanych oraz upamiętniające ich pomniki. Co roku odbywa się tam uroczysty apel, organizowany przez samorząd gminy Ostróda oraz Szkołę Podstawową im. Synów Pułku w Starych Jabłonkach.

6. SOWIECKI TERROR

Po wkroczeniu Armii Czerwonej, komendantem wojennym miasta zostaje pułkownik Iwan Konstantinow. Ponad roczny pobyt jego żołnierzy to dla Ostródy jeden z najtragiczniejszych okresów w historii, porównywalny z wielkim pożarem z 1788 roku i pobytem armii Napoleona w 1807. Pod sowiecką okupacją miasto zostało zniszczone w około 60% - na 1,2 tysiąca istniejących w momencie wkroczenia Armii Czerwonej budynków, ocalało nieco ponad 500. Podkomendni Konstantinowa obrócili w ruiny m.in. całą historyczną zabudowę Starego Miasta, zniszczyli zamek (podpalony już 30 stycznia 1945), kościół ewangelicki (dziś pw. św. Dominika Savio - podpalony 12 maja 1945), Deutsches Theater (podpalony 13 maja 1945). Zatopili statki i uszkodzili urządzenia Kanału Oberlandzkiego. Zniszczeniu uległy również m.in. gazownia, elektrownia, wodociągi, liceum dla dziewcząt, remiza strażacka i wiele innych cennych budowli. Konfiskowano i wywożono wszystko, co przedstawiało jakąkolwiek wartość – zwierzęta hodowlane, wyposażenie fabryk, tory kolejowe, a także sprzęty domowe i przedmioty codziennego użytku.

Prawda o pobycie Armii Czerwonej w Ostródzie była zakłamywana przez kolejnych 45 lat. W wydanej w 1985 roku przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Ostródzkiej „Grunwald” broszurze zatytułowanej „40-lecie Ostródy”, czytamy: "Komendantem wojennym miasta został pułkownik Konstantinow, który zajął się troskliwie ludnością mazurską, przydzielając racje żywnościowe. Saperzy przystępują do rozminowania miasta". A jak było w rzeczywistości? Prusy Wschodnie były pierwszym terytorium niemieckim, na który wkroczyła Armia Czerwona. Sowieci pałali żądzą zemsty za zbrodnie nazistów, przez co powszechnym zjawiskiem, oprócz grabieży i niszczenia infrastruktury, były morderstwa i brutalne, zbiorowe gwałty. O skali okrucieństw, jakich dopuszczali się zdobywcy, najlepiej świadczą wstrząsające relacje ich ofiar:

Studentka medycyny Josefine Schleiter z Ostródy wspomina: Męczące godziny upływały, szczególnie dla kobiet. Od czasu do czasu żołnierze wchodzili do środka, także oficerowie i zabierali dziewczyny i młode kobiety. Żadnych wrzasków, żadnych próśb, nikt nie pomoże. Z rewolwerem w ręku chwytali kobiety za nadgarstek i wyciągali ze sobą. Ojciec, który chciał ochronić swoją córkę, został wyprowadzony na dziedziniec i  zastrzelony. Dziewczyna była pierwszym odpowiednim łupem zezwierzęconych ludzi. Nad ranem wróciła z powrotem, z przerażeniem w dziecięcych oczach, w czasie nocy postarzała się o lata. Tak jej ciało nie było zdolne do okazywania wybuchu uczucia, usnęła w sianie. Tragiczność, apatia przepełniła wszystkich (za: Tomasz Kruszewski, Gwałty na kobietach niemieckich w schyłkowym okresie II wojny światowej).

Ela Eryka T. z Nastajek koło Ostródy (14 lat): Gdy do mostu przed miastem Miłomłyn dojechaliśmy, to wojsko takimi masami na ulicy szło, że nasze wozy musieliśmy usunąć z ulicy. Wszyscy musieliśmy z wozu zejść (...) Zaczęłam płakać, jak również moja mamusia, ale to nic nie pomogło, mnie ciągnęli za rękę. Broniłam się, jak tylko mogłam, to jeden żołnierz z karabinem stał i chciał mnie zastrzelić.. Gdyby mi nie żal było mojej mamusi i moich trzech braci, chciałabym lepiej życie oddać, niźli takiej bandzie w ręce wpaść, więc moje błaganie nic nie pomogło, musiałam z nimi iść. Zaprowadzili mnie do jednego ogrodu, do jakiejś altanki. W tym czasie mamusia i bracia musieli iść dalej... Stałam na ulicy w nocy i płakałam, to jedna kobieta z córką przyszła... Przyłączyłam się i tam gdzie oni poszli tam i ja. Doszłam z nimi aż do Gietrzwałdu. Jak żeśmy tak na ulicy stały i oglądały się gdzie iść, przyszli z tyłu dwaj żołnierze radzieccy i tą dziewczynę od tej kobiety zabrali. Musiałam się po raz drugi im poddać. Jak z powrotem przyszłam, to już kobiety ani dziewczyny nie spotkałam i drugi raz na ulicy zostałam sama... Poszłam aż do Marienfelde (Glaznoty), gdzie przenocowałam, ale tej nocy znów nieszczęście mnie trafiło i ja musiałam się trzeci raz poddać... (za: Karol Małłek, "Polskie są Mazury, tom IV").

Elżbieta z Nastajek koło Ostródy (18 lat): (...) W drodze zostałam zabrana przez Rosjan, którzy samochodem przejeżdżali, a matka została sama z dwoma małymi dziećmi. Na tym samochodzie było już dużo dziewcząt, które też po drodze złapali. Po drodze widziałam okropne rzeczy. Kobiety w starszym wieku gwałcone przez Rosjan, nie tylko w jednym miejscu, lecz na każdym kroku, można było spotkać. Myślałam, że zabiorą nas do Rosji, ale jednak nie. Odwieźli nas do Gietrzwałdu, tam siedziałam 9 dni w piwnicy. W 9 dniu, kiedy wypuszczono nas do pracy, uciekłam w pole, a kiedy było ciemno pobiegłam do następnej wioski, która nazywała się Domkowo. Tam byłam 7 dni, chowałam się u ludzi na poddaszu, że nie mogłam siedzieć tylko leżeć, choć czułam, że już wszy po mojej głowie chodzą, nie było mowy, aby się uczesać. Z tej górki przyglądałam się co się robi we wiosce. Widziałam, jak dziewczyna, córka kowala, 19-letnia przez 13 Rosjan została zgwałcona i jeszcze na końcu rozerwana. To było okropne, czasami wolałabym nie istnieć na świecie. (za: Karol Małłek, "Polskie są Mazury, tom IV").

Bestialskie, masowe gwałty na kobietach, a nierzadko dziewczynkach niemieckich i mazurskich to najbardziej odrażające ze zbrodni, jakich dokonywali żołnierze Armii Czerwonej. Najwięcej zostało zgwałconych właśnie w Prusach Wschodnich i na Śląsku. Szacuje się, że ofiarami gwałtów na terenie Niemiec padło około 2 milionów kobiet. Zwłaszcza w Prusach Wschodnich, zgwałcone kobiety były często zabijane lub popełniały samobójstwa. Na ślady sowieckich zbrodni można się było natknąć praktycznie na każdym kroku.

Wspomina Krystyna Kowalska, która do Ostródy przyjechała w marcu 1945 roku, by podjąć pracę na kolei: Po przybyciu do Ostródy chciałam znaleźć niezależne mieszkanie dla siebie, męża i córki, których jeszcze nie było ze mną. Na poszukiwania wyruszyłam z siostrami. Znalazłyśmy puste mieszkanie w jednej z kamienic w pobliżu dworca kolejowego. Uwagę naszą przyciągnęło rozbebeszone łóżko. Gdy uniosłyśmy narzutę, ujrzałyśmy zakrwawioną martwą kobietę, która przed śmiercią została zgwałcona. Uciekłyśmy stamtąd z krzykiem. (za: "Ostródzianie o swoim mieście")

7. POLSKA OSTRÓDA

26 maja 1945 roku - ponad cztery miesiące po zdobyciu miasta przez Armię Czerwoną - dowódca sowieckich wojsk okupujących Ostródę zgodził się przekazać władzę w mieście polskiemu staroście, Stefanowi Cendrowskiemu.

Jak wspomina Cendrowski: Zgłosiłem się do rejonowego komendanta wojennego pułkownika Konstantinowa, który przyjął mnie bardzo uprzejmie, ale do urządzenia się nie dopuścił, tłumacząc, że nie ma w tej sprawie żadnych poleceń od swoich władz. Potraktowałem to wydarzenie jako skutek niedopatrzeń ze strony Olsztyna. Szybko załatwiłem formalności w Urzędzie Pełnomocnika Rządu i powróciłem do Ostródy.

W olsztyńskim Archiwum Państwowym znajduje się protokół z uroczystości przekazania cywilnemu staroście przez mundurowego komendanta symbolicznego „klucza złoconego na poduszce” do bram miasta. Poniżej jego treść w oryginalnej pisowni.

Ostród, 30.V.45r.

DO: Kierownika Grupy Operacyjnej na Prusy Wschodnie
W Olsztynie

RAPORT N 9
Za czas od 23.V do 30.V.45r.

W dniu 26 maja b.r. odbyło się oficjalne przekazanie władzy, t.j. Komendant Woj. Konstantinow przekazywał władzę staroście Cendrowskiemu. Przebieg ceremonji był następujący:
O godz. 18ej na boisku sportowym w Ostródzie na przygotowanych trybunach zajęli miejsca Kom. Woj. Konstantinow, maj. Ziewyryn i trzech oficerów, ze strony polskiej starosta Cendrowski, Przemysł – Mianowicz, Ziemski – Binzer, Komendant M.O. Giza, kolejarze – Richter.
Członkowie Resortów zajęli miejsca siedzące przed trybuną, ludność mazurska za nimi, z boku czwórkami kolejarze.
Pierwszy przemawiał starosta Cendrowski, podkreślając doniosłość chwili powrotu ziem Mazurskich do Macierzy, które przez kilka wieków były pod butem germańskim. W imieniu Rządu Rzecz. Pospolitej podziękował Związkowi Radzieckiemu, jego Wodzowi i Armji za oswobodzenie tej ziemi i wzniesiono okrzyk na cześć wodz. Stalina. W krótkim przemówieniu podziękowano Kom. Wojennemu jak i jego współpracownikom za opiekowanie się nami oraz uzyskanie zezwolenia na wykonywanie przez nas czynności przygotowawczych przed konkretnym zezwoleniem na to ze Sztabu Frontu.
Z kolei zabrał głos Kom. Woj. Konstantinow, który w krótkich słowach podkreślił wspólną walkę z najeźdźcą hitlerowskim i ostateczne zwycięstwo nad wrogiem armji sprzymierzonych Ameryki i Anglji i walczącej ramie przy ramieniu Armji Polskiej. Na cześć Rządu i Armji Polskiej wzniósł okrzyk przyjęty rzęsistymi oklaskami.
W krótkich słowach Komendant przekazał władzę starości winszując mu owocnej pracy, wręczając mu jako symbol klucz złocony na poduszce. Po odśpiewaniu Roty akt ceremonji zakończył. Pogoda ładna, ludności ~ 1000 osób.
Po ceremonji 20 przedstawicieli państwa polskiego za imiennymi zaproszeniami przywiezieni zostali autami Kom. do kasyna oficerskiego na bankiet wydany na 60 osób. Komendant osobiście woził przedstawicieli wykazując wiele uprzejmości.
Bankiet odbył się w serdecznym nastroju i ożywionej dyskusji z uczestnikami przy lampce wina i obficie zastawionych stołach. Zakończył się o godz. 1ej w nocy.
Rozpocząłem przejmować pozostałe placówki przemysłowe, przygotowując protokoły obupolnie uzgodnione.
Konieczne jest auto do przejmowania placówek w powiecie, który ma rozpiętości ~ 100 klm.
Obserwując wnioskuję że jak najszybsze przejęcie przez naszą grupe przemysłu przyniesie duże korzyści!

Z. Mianowicz

Pełnomocnik dla spraw gospodarki
Dla pow. Ostród

BLOG COMMENTS POWERED BY DISQUS
zgoda
Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Możesz samodzielnie decydować o tym czy, jakie i przez jakie witryny pliki cookie mogą być zamieszczana na Twoim urządzeniu. Przeczytaj: jak wyłączyć pliki cookie. Szczgółowe informacje na temat wykorzystania plików cookie znajdziesz w Polityce Cookie.